piątek, 23 marca 2018

Rozmysły znad Odry w "inżynierskich" zdaniach wielokrotnie złożonych



Mogłabym teraz ponarzekać, że dopiero wracam z kina (z pracy), gdzie się trochę poprodukowałam do mikrofonu, a jutro o 9:00 rano muszę być w centrum, żeby zawieść kumplowi, któremu, dla kontrastu biznes wyszedł (być może dlatego, że "nie ciągnął kilku srok za ogon", jak mi to wszyscy mają w zwyczaju wytykać, ale skoncentrował się na jednym pomyśle i sukcesywnie go wdrażał skutecznie promując), mój śliczny, różowy ale za to działający (niektórzy kolor różowy uważają za wadę) mikrofon, dzięki któremu w tej chwili mam nad owym kumplem przewagę, a za pomocą którego przeprowadzi on jutro swoje szkolenie on-line.

Wrocław, widok na Ostrów Tumski z Mostu Młyńskiego

Mogłabym, ale te widoki nocnego Wrocławia, przez który zdecydowałam się iść pieszo niczym turysta, zamiast czekać naście minut na tramwaj sprawia, że mimo iż wiem, że dzisiaj się nie wyśpię w pełni mi ów brak rekompensują, natomiast cała sytuacja przywodzi na myśl piosenkę wraz z teledyskiem, w którym trzej przybici do krzyży faceci, zwróceni twarzami w stronę zachodzącego słońca śpiewają refren piosenki po części będącym jednocześnie jej tytułem i brzmiący "always look at the bright side of life".




Przy okazji poniższego zastanawiam się, czy pisałam już o moim zamiłowaniu do konstruowania bardzo wielokrotnie złożonych zdań, które to dziwne „hobby” obudził we mnie ojciec przy okazji opowiadania mi kiedyś o eksperymentach literackich, kiedy to wspomniał o książce, która w całości napisana została jednym zdaniem (przy okazji naszła mnie myśl, czy "Nad Niemnem" Orzeszkowej jak i wszystkie książki Tomasza Manna również nie były eksperymentami literackimi mającymi na celu sprawdzenie, czy ktoś będzie w stanie w całości je przeczytać :))))))))))))) ).

Dlatego też niekiedy sama siebie określam mianem inżyniera humanisty, jako że zdania wielokrotnie złożone są niejako konstrukcją.
A inżynierem i tak jestem.
Zresztą ojciec też nim był.