piątek, 23 marca 2018

Wpływ pogody na sprzedaż


Deszcz jest najlepszym sposobem na zatrzymanie ludzi w domu. Mniejszy wpływ na sprzedaż ma on w niedzielę, czyli tzw. dzień buraka, kiedy wierni wychodzą z domu ubrani na galowo i udają się do kościoła. Po kościele, żeby nie wracać do domu i nie nudzić się jak mopsy w czterech ścianach, bardzo często decydują się na wypad do świątyni rozpusty, czyli centrów handlowych. Tam, pod jednym dachem mogą zarówno pouprzykrzać życie sprzedawcom, których dzień pracy wypadł właśnie w niedzielę, zjeść jakiś szybki, tłusty i niezdrowy posiłek jak również pozbyć się dzieci w miejscu zabaw (jakkolwiek to się nazywa - chodzi mi tu o kolorowe zamki stojące w piłkach, w których można "utonąć", a przynajmniej "popływać").

Co ważne, samo wejście do Centrum Handlowego nie wymaga nawet wyjścia na okropną pogodę, na dwór i zmoczenia głowy, bo samochód postawić można pod dachem na krytym parkingu. Nieco bardziej problematyczne może być miejsce, do którego trzeba dojść, zostawiając auto. Jeśli pogoda jest zaskakująco nieprzychylna, czyli np. w czasie suchej i słonecznej, nieważne jak mroźnej zimy spadnie deszcz, stanie się odwilż, albo zerwie się śnieżyca, potencjalni odwiedzający z pewnością zostaną w domach. I jest to katastrofą nie tylko dla organizatorów imprez w plenerze.
Wydarzenia organizowane doraźnie nawet z okazji takich jak Boże Narodzenie czy Walentynki, kiedy dana impreza ma na celu zainspirować odwiedzających co do kupna prezentów oraz od razu odciążyć ich poszukiwaniami. Jeśli w takim przypadku pogoda zawiedzie, impreza może okazać się klapą.

CO MNIE SPOTKAŁO?

W grudniu 2014 roku zorganizowałam Mikołajkowy Bazar Prezentowy. Była to najlepiej rozpromowana w mieście impreza targowa z asortymentem hand made w mieście. O ile cały tydzień pogoda była ładna, o tyle w sobotę spadł deszcz. Zima była na prawdę ciepła, więc deszcz oznaczał absolutną katastrofę.

Jakie były tego konsekwencje?

Mimo że wystawcy promowani byli w ramach kosmicznie niewysokiej opłaty dla wystawców na głównym portalu miasta i kilku mniejszych, gdzie cena dziennej reklamy zaczyna się od kilkuset złotych w górę, większość była bardzo niezadowolona. Ogniwem zapalnym była jedna z dziewczyn, która wszczęła aferę i przekabaciła na swoją stronę nawet tych wystawców, którzy zdawałoby się początkowo rozumieli, że problem nie wynika z mojego błędu, winy czy wręcz błędu w sztuce.

Doszło do tego, że próbował zawiązać się spisek wystawców, którzy wspólnie chcieli zarządzać zwrotu pieniędzy za wystawienie się. Niestety w umowie nie było czegoś takiego, jak gwarancja odwiedzających i kupujących ich produkty. Ja wywiązałam się z tego, co obiecałam w 100% i nic więcej zrobić nie mogłam.
Nie wiem, gdzie popełniłam błąd, bo najprawdopodobniej nie popełniłam go wcale. Owszem, można było wyjść do ludzi z ulotkami w dniu wydarzenia i rozdać je w pobliżu, ale w deszcz i tak by mokły, zanim ludzie zdołaliby je przeczytać. Można też było wystawić potykasz z informacją, żeby była z daleka widoczna i żeby ludziom łatwiej było trafić do zaułka, w którym znajdował się lokal. Ale czy potykasz z informacją pomógłby komukolwiek trafić do najbardziej znanego zaułka w mieście, w którym znajduje się cała masa obleganych nie tylko w weekendy klubów i dyskotek? Poza tym ta nieznaczna aktywność znacznie podniosłaby koszty przedsięwzięcia.

Mikołajkowy Bazar Prezentowy był dostatecznie dobrze wypromowany, ale tego dnia ludzi na ulicach było znacznie mniej niż zwykle i przemieszczali się oni znacznie szybciej, niż w dzień, kiedy dopisuje pogoda. A na pomogę wpływu mieć nie mogłam.