niedziela, 12 maja 2019

Stara miłość nie rdzewieje


Powroty do związku, kiedy rozstaniu towarzyszy policja i pogotowie, kilka wizyt na ostrym dyżurze oraz mocny uszczerbek na zdrowiu i wyglądzie, nie są proste.
Proces rozpoczął się jesienią, kiedy kilkukrotnie śniło mi się, że jeżdżę po starych śmieciach, po pięknych, kamienisto-korzenistych, leśnych ścieżkach Przesieki. 
Pewnego ranka obudziła się z myślą, że muszę zamontować do auta hak, żeby móc zamontować na nim bagażnik i przewieźć w góry rower.




Wczoraj padało, było ślisko, było kamieniście, aczkolwiek błoto nie spływało wąskimi rynnami między drzewami tak, jak podczas moich pierwszych i ostatnich Akademickich Mistrzostw Polski w Cross Country Mountain Biking.
Pamiętam, że w połowie biegu miałam dość. Nie zrobiłam odpowiedniej rozgrzewki i resztką sił wyjeżdżając pod kamienistą górkę chciałam odbić na trawiasty stok prowadzący do mety.
Chciałam zrezygnować, bo brakowało mi sił.

"Jak nie tym razem, to następnym" - stwierdziłam, ale następna myśl brzmiała: jeśli teraz się poddam, nigdy sobie tego nie wybaczę.
Chwilę później przekroczyłam granicę rozgrzewki. Mój organizm dał mi zastrzyk adrenaliny i całe zmęczenie zniknęło.
Gdybym wtedy zrezygnowała, faktycznie nigdy bym sobie tego nie wybaczyła.
Rok później, dzień przed kolejnymi AMP-ami (Akademickimi Mistrzostwami Polski) w MTB odebrałam rower z serwisu i uległam wypadkowi.
Minęło kilka lat, kiedy znów wsiadłam na rower.
Miejski.

Co roku, po tej kilkuletniej przerwie od rozstania z moim MTB wsiadając po zimie na jakiś miejski dwukołowiec miałam tę samą myśl: "jak ja to kocham!!!"
Przez lata jeździłam po płaskim, trzęsąc się przed każdym krawężnikiem z obawy, że się poślizgnę i wywalę.
Wczoraj, po dokładnie 12 dwunastu latach bez jednego miesiąca udało mi się przełamać i wrócić do związku z moim żółtym MTB-em.
Padało, aczkolwiek nie tak mocno, jak podczas zawodów. Ale było ślisko. Trasa z kamieniami i korzeniami.
Jazda głową w dół.
I oczywiście bez kasku, który i tak nic by nie dał, bo w rowerowym nie mam gardy.

Dziś rano obudziłam się z myślą gdzie podział się mój numer startowy?
Ale to już nie ważne.
Ważne, że znów są góry i rower.
I obyło się bez haka.
A to wszystko z pełną świadomością konsekwencji, jakie niesie za sobą ten sport.

Z wiekiem jest mi coraz bardziej wszystko jedno.
Kiedyś całymi dniami potrafiłam biegać w szpilkach, bo "przecież trzeba dobrze wyglądać".
Dziś szpiki przez większą część roku leżą zakurzone, a ja, mam wrażenie coraz bardziej się uwsteczniam. Jeszcze kilka lat temu nie mogłabym wyobrazić sobie siebie "wychodzącej do ludzi" w adidasach/tenisówkach, albo (o zgrozo) bez makijażu (aczkolwiek to tylko w wakacje).
Kiedyś po każdym intensywnym treningu przed jakimiś zawodami miałam problem z... Napuchniętymi mięśniami.
I wyglądałam jak (jak to trafnie ujęła Ewa Chodakowska w jednym ze swoich postów) koleżanka Hulka i miałam problem z wciśnięciem na siebie spodni.
To jedna z konsekwencji uprawiania sportu.
Dziś mi wszystko jedno, bo znów mogę robić to, co kocham.

Przełamanie strachu nie jest proste.
To proces.
Ale mój największy strachu udało mi się przełamać.
Wczoraj.
Zyskałam więcej, niż mogłabym sobie wymarzyć.

Teraz czas przełamać lęki związane z prowadzeniem firmy.
Mam za sobą dwa bankructwa, ale do trzech razy sztuka.


_________________


O AUTORCE

Julia Daroszewska od ośmiu lat zajmuje się ogólnie pojętym marketingiem. Potrafi skutecznie wykorzystywać wszelkie dostępne na rynku narzędzia, co przekłada się na duże zasięgi i budowanie świadomości wspieranych przez nią marek.

Prowadzi firmę, której główną dziedziną jest wsparcie w zakresie szeroko pojętego Marketingu i Strategii Przedsiębiorstwa. Oferuje pomoc w budowaniu marek tworząc dla nich skuteczne plany działania na konkurencyjnych rynkach.

Julia Daroszewska prowadzi również szkolenia z tworzenia skutecznych profili/kont na LinkedIn i Facebooku - największych Mediów Społecznościowych wspierających biznes.

  
                          OFERTA | KONTAKT
______________


           Insta